PARTYZANTKA CZYLI SPONTAN NIE ZAWSZE W CENIE.

Jak pewnie zauważyliście, ostatnia audycja, dotycząca niepełnosprawności była nieco inna od poprzednich. Oprócz tego, że nie było za mikrofonem Eweliny (dla zainteresowanych – czuje się już lepiej), było trochę zagmatwania z mojej strony. Wszystko dlatego, że „jechałem” bez gryplanu. Tak też narodził się pomysł na wpis.

Radio to świetne medium. Chociaż działa od miesiąca, już wiem, że jest w nim magia. Do niedawna sądziłem, że wszystkie tego typu opinie to piękna laurka, wystawiana przez tych, którzy w nim pracują. Teraz wiem, że mówili prawdę. Radio uzależnia. Robi to ono samo, ale także możliwość kreowania tematu. W telewizji mamy obraz, który może pomóc nam uratować materiał. Radio jest bezlitosne. Albo coś jest dobre albo do d…opracowania 😉 Nie ma szarości. Jest tylko czerń i biel.

Materiały z wydarzeń, które nagrywamy „do puszki”, można później edytować i zmontować tak, by były jak najlepsze. Z wejściami na żywo nie ma przebacz. Myli się jednak ten, kto uważa, że radiowcy płyną z prądem fal słowotoku. Podstawą wszystkiego jest dobra rozpiska. Kto co mówi, kiedy wchodzi. Jaki materiał idzie po przerwie. Do czego ważnego (albo i nieważnego ale ciekawego) dobrze byłoby nawiązać. Wszystkie te kwestie powinny być rozpisane między prowadzącymi, po to, żeby ich praca za mikrofonem była płynna, a  sami prowadzący byli pewni tego co robią. Czasem taka rozpiska jest jedynie nakreśleniem ram audycji z wypisaną kolejnością materiałów. Innym razem, to prawie scenariusz z bardzo szczegółowymi notatkami. Ogarnięcie tego naprawdę nie jest łatwe. Niezależnie od tematu, renomy stacji i formatu dziennikarza – gryplan musi być. Powie Wam o tym zarówno Dorota Wellman czy Wojciech Mann, którzy mają przecież wieloletnie doświadczenie w mediach, jak i każdy, kto dopiero zaczyna. Nie będę pokazywać palcem, ale i bez tego wszystko wiadomo… :) Jedyna różnica polega na tym, że dziennikarze w mainstreamowych mediach mają swoich researcherów i asystentów, a my nie (choć czasem przydałaby się dodatkowa para rąk albo transformacja w ośmiornicę).

Zwykle mamy mniej lub bardziej precyzyjny plan, według którego realizujemy audycję. Tym razem, w związku z największą jak do tej pory ilością materiałów, uznałem, że podzielimy się obowiązkami. Ja wezmę na siebie montaż, a Ewelina (która akurat miała kilka egzaminów)  nakreśli całość audycji na piśmie. To, co w teorii wszystko wyglądało prosto, zostało mocno zweryfikowane przez życie. Fatalne samopoczucie Eweliny, spowodowane chorobą, sprawiło, że nie mogła dotrzeć do studia. Przesłała mi materiał który zdążyła napisać, jednak nie była w stanie go skończyć. Zostałem z materiałami, które na szczęście, w większości udało mi się wyemitować, co w dużej mierze uratowało audycję. Niemniej, wiem, że wejścia nie zawsze należały do udanych. Wszystko to za sprawą chaosu, przez który nieco  „popłynąłem” – jak mawia Ewelina. Dopiero w drugiej części audycji, dotyczącej sportu osób niepełnosprawnych, poczułem się komfortowo. To nauczyło mnie, a w zasadzie nas,  że choć powinniśmy móc na sobie polegać, powinniśmy być przygotowani również na działania solo. Nigdy bowiem nie poznamy dnia, ani godziny, kiedy z jakichś przyczyn, będziemy zmuszeni zrobić audycję w trybie awaryjnym lub wejść na antenę zupełnie znienacka…

Mądrzejsi o kolejne doświadczenie, zapraszamy na kolejną audycję w której opowiemy o motywacji.

Pozdrawiamy gryząc kolejny temat!